Wierzby dawno już straciły swoje bazie. Wszystko zaczęło się zielenić, ale młode liście na krzakach i drzewach były jeszcze bardzo małe. Opromienione delikatnym światłem tej wczesnej godziny porannej wyglądały w swojej roześmianej świeżości jak dzieci, które przed chwilą właśnie zbudziły się ze snu.
Bambi stał przed leszczyną, uderzając swoją nową koroną o drzewo. Było to takie miłe. A przy tym było bezwarunkowo konieczne, gdyż ozdoba jego głowy ciągle jeszcze spowita była w gruby naskórek i sierść. Oczywiście trzeba je było usunąć; a komu zależało na porządku, ten nie czekał, aż spadną same.
Bambi tak wytrwale czyścił swoją koronę, że powłoka naskórka darła się na strzępy i całymi pasami zwisała mu dokoła uszu. Uderzając o leszczynę, czuł, że korona jego była twardsza niż drzewo. Uczucie to przenikało go oszołomieniem siły i dumy. Począł mocniej napierać na leszczynę, zdzierając jej długimi płatami sukienkę z kory. Ukazało się białe jej ciało, które — nieprzyzwyczajone do wolnego powietrza — pokryło się niebawem rdzawą czerwienią.
Bambi nie mógł się z tym liczyć. Widział, jak jasne ciało drzewa rozbłyskiwało pod jego uderzeniami, i wprawiało go to w zachwyt. Ze stojących dokoła drzew i krzaków niejedna jeszcze leszczyna i ligustr nosiły ślady jego pracy.
— Skończy pan pewnie niedługo... — powiedział jakiś wesoły głos blisko niego.
Bambi uniósł szybkim ruchem głowę i rozejrzał się dokoła.
Na gałęzi siedziała wiewiórka, przyglądając mu się życzliwie.
Nad nimi ktoś zaśmiał się krótko i hałaśliwie.
— Tja-ha!
Bambi i wiewiórka przerazili się prawie. Ale dzięcioł, który siedział przyciśnięty do pnia dębu, zawołał do nich: