— Muszę przyznać naprawdę, że inni w pańskim wieku nie mają tak wspaniałych koron. Po prostu trudno to uważać za możliwe. Kiedy się pana znało ubiegłego lata... Widziałam pana kilka razy z daleka... Naprawdę trudno uwierzyć, że pan jest ten sam... wtedy miał pan takie cieniutkie patyczki...

Bambi przerwał nagle obrabianie leszczyny.

— Do widzenia pani — powiedział szybko — muszę już iść!

I pobiegł dalej.

Nie lubił, kiedy mu przypominano ubiegłe lato. Był to dla niego trudny okres. Początkowo po zniknięciu matki czuł się zupełnie osamotniony. Zima trwała wtedy bardzo długo, wiosna następowała powoli i bardzo późno zaczęło się zielenić.

Gdyby nie pani Netla, Bambi zupełnie nie dałby sobie rady. Ale pani Netla zaopiekowała się nim i pomagała mu jak mogła. Mimo to pozostawał często sam.

Ciągle brak mu było Goba, biednego Goba, który zapewne także już nie żył, jak inni. Bambi musiał w tym czasie często myśleć o nim i dopiero poniewczasie zrozumiał w całej pełni, jak miły i dobry był Gobo.

Falinę widywał rzadko. Trzymała się stale matki i miała dziwnie lękliwe usposobienie.

Później, kiedy zrobiło się znowu gorąco, Bambi zaczął powoli wracać do siebie. Oczyścił swoją pierwszą koronę, aż się świeciła, i był z niej bardzo dumny. Ale niebawem nastąpiło gorzkie rozczarowanie. Inni koronowani ścigali go, gdziekolwiek go zobaczyli. Gniewnie odpędzali go od siebie nie pozwalając, aby się do kogokolwiek z nich zbliżał, ścigali go, tak że wreszcie czuł na każdym kroku lęk, że zostanie przez nich schwytany, bał się pokazać gdziekolwiek i skradał się ukrytymi ścieżkami, wałęsając się dokoła w przygnębionym nastroju.

A przy tym w miarę jak dni poczęły się stawać gorętsze i słoneczniejsze, ogarnął go dziwny niepokój. Serce jego czuło coraz bardziej i bardziej jakąś tęsknotę, która była bolesna i zarazem rozkoszna.