Bambi nie zwracał na to uwagi.
Nad nim wilgi śpiewały z drzewa na drzewo:
— Dzień dobry... jestem... ra-da!
Bambi nie odpowiadał.
Otaczająca go gęstwina była już jasna, przetkana na wylot promieniami słonecznymi.
Bambi nie troszczył się o to.
Nagle rozległ się jakiś trzask, niemal tuż pod jego nogami, a cała tęcza wspaniałych barw zamigotała mu tak blisko przed oczyma, że zatrzymał się oślepiony.
Był to Janello, bażant, który z przerażeniem wzniósł się w powietrze, gdyż Bambi omal na niego nie nastąpił. Z gniewem ulatywał teraz z tego miejsca.
— To niesłychane! — wołał swoim łamliwym, kraczącym głosem.
Bambi stał stropiony i spoglądał za nim.