— Tym razem skończyło się szczęśliwie, ale jest to naprawdę wielka bezwzględność... — powiedział jakiś łagodny, piskliwy głosik z ziemi przed Bambim.

Była to Janellina, żona bażanta. Siedziała na ziemi, wylęgając jajka.

— Mąż mój przeraził się okropnie — ciągnęła z niezadowoleniem — a ja tak samo. Ale ja się przecież nie mogę ruszyć z miejsca... Nie ruszę się z miejsca, cokolwiek by się stało... mnie mógłby pan spokojnie stratować...

Bambi był trochę zawstydzony.

— Niech mi pani wybaczy — wybełkotał — zrobiłem to niechcący.

Bażancica odpowiedziała:

— O, proszę! Nie było zresztą może tak źle. Ale mąż mój i ja jesteśmy teraz niezmiernie nerwowi. Rozumie pan przecież...

Bambi nic nie rozumiał i poszedł dalej.

Uspokoił się już teraz. Las śpiewał dokoła niego. Światło stało się złocistsze i gorętsze, liście na krzakach, trawy pod nogami i parująca wilgocią ziemia poczęły mocno pachnieć.

Młode siły wzbierały w Bambim, wypełniając wszystkie jego członki, tak że szedł sztywno, z wahająco hamowanymi ruchami, jakby był sztuczny.