Zbliżył się do niskiego krzaku bzu i wznosząc wysoko kolana, począł potężnymi ciosami walić ziemię, aż grudki pryskały na wszystkie strony. Jego delikatne, ostre, rozszczepione kopyto ścinało trawy, które tu rosły, groszek leśny i czosnek, fiołki i sasanki, odgarniał je, aż ziemia obnażyła się zupełnie i leżała przed nim gładko udeptana. Huczała głucho pod każdym jego uderzeniem.

Dwa krety, które goniły się w gmatwaninie korzeni starego ligustru, zatrzymały się w biegu, wychyliły główki i przyglądały się Bambiemu.

— Ale... ale też to śmieszne, co ten wyprawia — szepnął jeden.

— Tak przecież nie można kopać...

Drugi pogardliwie wydął delikatne usteczka:

— On nie ma o tym pojęcia... widać od razu... Ale tak to bywa, gdy się ktoś wtrąca do rzeczy, na których się nie zna.

Nagle Bambi przestał kopać ziemię, podrzucił głowę, nadsłuchując i podglądając poprzez listowie. Pomiędzy krzakami zamigotała jakaś czerwona plama, niewyraźnie błysnęły zęby korony.

Bambi parsknął. Ktokolwiek mógł się tam skradać, Ronno czy Karus, czy ktoś inny — jazda na niego!

Bambi pomknął w tę stronę.

„Już ja im pokażę, że się nie boję! — pomyślał w nagłym oszołomieniu. — Już ja im pokażę, że jestem tym, którego się trzeba bać!”