Krzaki zaszeleściły pod naporem jego ciała, gałęzie trzaskały i łamały się. Nie mógł nic rozpoznać, gdyż wszystko mąciło mu się przed oczyma. Nie myślał o niczym, tylko: jazda! Z nisko pochyloną koroną pędził przed siebie, skupiwszy wszystkie siły w karku, gotów do uderzenia.
Czuł już zapach sierści przeciwnika, nie widział już przed sobą nic prócz czerwonego muru jego boku.
Nagle przeciwnik wykonał lekki ruch, a Bambi, pozbawiony spodziewanego mocnego oporu, przemknął obok niego w próżnię. Omal się przy tym nie przewrócił. Zatoczył się, skupił w sobie i zawrócił do nowego ataku.
Wówczas poznał starca.
Bambi był tak zaskoczony, że stracił panowanie nad sobą. Wstydził się uciec po prostu, na co miał teraz największą chętkę. I wstydził się też pozostać tutaj. Nie ruszał się z miejsca.
— No?... — zapytał starzec spokojnie i cicho.
Jego niski głos, który brzmiał tak swobodnie, a jednak tak władczo, jak zwykle przeniknął Bambiemu na wskroś przez serce.
Milczał.
Starzec powtórzył:
— ...no?...