Bambi uważał, że zarówno jeden, jak i drugi gest były niezmiernie dumne, zarówno sposób, w jaki jeleń spojrzał na niego, jak i sposób, w jaki patrzył teraz przed siebie, jakby nikogo innego nie było na polanie.
Bambi nie wiedział, co ma zrobić. Przyszedł tutaj z niezłomnym postanowieniem przemówienia do jelenia. „Dzień dobry — chciał powiedzieć — nazywam się Bambi... czy mogę zapytać o pańskie szanowne imię?”
Owszem! Wyobrażał to sobie jako rzecz niezmiernie prostą, ale teraz okazało się, że sprawa wcale tak prosta nie była. Na cóż mu się mogły zdać najlepsze zamiary? Bambi nie chciał być nieuprzejmy, a jednak był nieuprzejmy, jeżeli wyszedł tu na polanę, nie mówiąc ani słowa. Nie chciał też być natarczywy, a jednak byłby natarczywy, gdyby zaczął mówić.
Jeleń stał przed nim oburzająco majestatycznie. Bambi był zarazem zachwycony i upokorzony. Daremnie usiłował się opanować i powtarzał sobie tylko raz po raz tę samą myśl: „Dlaczego się daję nastraszyć?... Jestem akurat tym samym, co i on... akurat tym samym, co i on”.
Nic nie pomagało. Bambi stał nadal zalękniony i w głębi duszy czuł, że jednak nie jest zupełnie tym samym, co jeleń. Bynajmniej. Czuł się okropnie i musiał skupić całą siłę, aby zachować spokój.
Jeleń spojrzał na niego i pomyślał:
„Cudowny jest... naprawdę jest zachwycający... taki ładny... taki zgrabny... taki wytworny w całym swoim zachowaniu... Ale nie wolno mi tak mu się przypatrywać. To naprawdę nie wypada. A zresztą mogłoby go to wprawić w zakłopotanie”.
I znowu spojrzał ponad Bambim w przestrzeń.
„Co za dumne spojrzenie! — skonstatował Bambi. — To naprawdę nie do zniesienia, ile sobie taki jeleń wmawia!”
Jeleń pomyślał: