— Ale prędko! — zawołał Bambi, wybiegając naprzód.

— Nie... wolno! — powiedział teraz starzec rozkazująco, głosem, który zmusił Bambiego do posłuszeństwa. — Będziesz szedł za mną... krok za krokiem...

Starzec ruszył naprzód. Bambi szedł za nim niecierpliwie, wzdychając nieustannie.

— Słuchaj — powiedział starzec, nie zatrzymując się — ilekroć rozlegałyby się okrzyki, nie odstępuj od mego boku. Jeżeli to jest Falina, będziemy przy niej jeszcze dość wcześnie. Nie daj się porwać. Wszystko zależy od tego, czy mi teraz zaufasz, czy nie.

Bambi nie śmiał się sprzeciwić i poddał się w milczeniu.

Starzec szedł powoli przodem, Bambi za nim, O, jak ten starzec znał się na chodzeniu! Pod stopami jego nie rozlegał się najmniejszy dźwięk. Nigdzie nie poruszył się listek. Nie zatrzeszczała gałązka. A przy tym starzec przedzierał się przez gęste krzaki, przesuwał się poprzez kraty prastarych roślin.

Bambi musiał się dziwić, mimo gorączkowej niecierpliwości musiał go podziwiać. Nigdy by nie przypuścił, że można tak chodzić.

Wołanie rozlegało się raz po raz.

Starzec zatrzymał się, nasłuchując i skinął głową.

Bambi stał obok niego, wstrząsany tęsknotą, udręczony tym przymusem, nie rozumiejąc nic.