Kilka razy starzec zatrzymał się, chociaż nie było słychać wołania, podnosił głowę, nasłuchiwał i potakiwał.

Bambi nie słyszał nic.

Starzec zboczył z kierunku, z którego dochodziło wołanie, i zatoczył łuk. Bambi był o to wściekły.

Wołanie rozlegało się nieustannie.

Wreszcie przybyli bliżej, jeszcze bliżej, zupełnie blisko.

Starzec szepnął:

— Cokolwiek byś teraz zobaczył... nie poruszaj się... słyszysz? Uważaj na wszystko, co będę robił, i zachowuj się zupełnie tak samo jak ja... Baczność! I nie trać panowania nad sobą!...

Jeszcze kilka kroków... i nagle ów ostry, podniecający zapach, który Bambi znał tak dobrze, uderzył o jego nozdrza. Tyle się go musiał nałykać, że omal nie krzyknął. Zatrzymał się jak przygwożdżony. Serce natychmiast poczęło go dławić w gardle.

Starzec swobodnie stał obok niego. Oczy jego wskazały Bambiemu kierunek. Tam!

Tam zaś stał ON!