Stał ON tam bardzo blisko, przyciśnięty do pnia dębu, zakryty krzakami leszczyny, i wołał cichutko:
— Pójdź... pójdź...
Widać było tylko JEGO plecy, twarz JEGO widać było tylko niewyraźnie, kiedy odwracał nieco głowę w bok.
Bambi był tak bezgranicznie oszołomiony, tak wstrząśnięty, że dopiero po dłuższej chwili zrozumiał: ON stał tam i ON to był, co udawał głos Faliny. ON to był, co wołał słodko:
— Pójdź... pójdź...
Blada groza przebiegła po wszystkich członkach Bambiego. Myśl o ucieczce zadrgała w jego sercu, szarpiąc jego ciało.
— Cicho! — szepnął starzec szybko i rozkazująco, jakby chciał zapobiec wybuchowi przerażenia Bambiego.
Bambi opanował się z trudnością.
Starzec spojrzał na niego; najpierw nieco drwiąco, jak się Bambiemu mimo jego stanu zdawało. Potem zaś z wielką powagą i dobrocią.
Bambi, mrugając oczyma, spoglądał przed siebie, tam gdzie stał ON, i uczuł, że nie potrafi znieść dłużej tej przeraźliwej bliskości.