Starzec, jakby odgadując te myśli, szepnął do niego:
— Chodźmy...
I skierował się z powrotem.
Ostrożnie odeszli z tego miejsca. Starzec szedł dziwnymi zygzakami, których celu Bambi nie mógł zrozumieć.
I teraz Bambi szedł za tymi powolnymi krokami, z największym tylko wysiłkiem opanowując swoją niecierpliwość. Jeżeli po drodze tutaj gnała go naprzód tęsknota za Faliną, to teraz popędzało go płonące w jego żyłach pragnienie ucieczki.
Ale starzec szedł nadal powoli, zatrzymywał się, nasłuchiwał, zawracał znowu zygzakami, znowu przystawał, szedł dalej, powoli, niezmiernie powoli.
Teraz musieli już być dość daleko od miejsca grozy.
„Kiedy się znowu zatrzyma, będzie już chyba można mówić i wtedy mu podziękuję”.
Bambi ujrzał, jak starzec tuż przed nim zniknął w gęstej gmatwaninie krzaków ligustru. Żaden listek nie drgnął, żadna gałązka nie trzasnęła, kiedy starzec wszedł w gąszcz.
Bambi skierował się za nim, usiłując przejść tak samo bezszelestnie, z taką samą zręcznością unikając wszelkiego szmeru. Ale nie udało mu się. Liście szeleściły cicho, gałązki uginały się o jego boki i z głośnym szelestem odskakiwały z powrotem, suche gałęzie pękały z krótkim, donośnym trzaskiem, łamiąc się o jego pierś.