Owej zimy, kiedy zniknął Gobo, Marena była już prawie zupełnie dorosła, ale od tego czasu nie widywano jej prawie nigdy, gdyż trzymała się stale na uboczu i chadzała samotnymi drogami.
Pozostała nadal szczupła i wyglądała bardzo młodo. Ale była poważna i cicha i przewyższała wszystkie inne łagodnością. Dowiedziała się teraz od wiewiórki, od kraski i sroki, od drozda i bażanta, że Gobo powrócił do domu i przeżył cudowne rzeczy. Przybyła więc, aby go zobaczyć.
Matka Goba była bardzo dumna i szczęśliwa z tej wizyty. Matka Goba stała się w ogóle bardzo dumna w swoim szczęściu. Cieszyła się, że cały las mówi o jej synu, pławiła się w jego sławie i żądała od każdego przyznania, że jej Gobo jest najmądrzejszy, najdzielniejszy i najlepszy.
— Cóż powiesz, Mareno? — pytała. — Cóż powiesz o Gobie?
Nie czekała na odpowiedź, tylko szybko mówiła dalej:
— Pamiętasz jeszcze, jak pani Netla mówiła, że Gobo nie jest dużo wart, bo drżał troszeczkę na mrozie... Pamiętasz jeszcze, jak mi przepowiadała, że nie przeżyję z nim dużo radości?
— No, dość chyba pani miała strapień z powodu Goba — odpowiedziała Marena.
— To wszystko już minęło! — zawołała matka, dziwiąc się, że ktoś może jeszcze o tym myśleć. — Ach, tak mi żal biednej pani Netli. Jaka to szkoda, że nie żyje już i nie może zobaczyć, na co wyrósł mój Gobo!
— Tak, biedna pani Netla — powiedziała Marena cicho — szkoda jej.
Gobo chętnie się przysłuchiwał, jak matka go chwaliła. Podobało mu się to. Stał przy tym cicho i pod pochwałami tymi czuł się tak rozkosznie, jak pod gorącymi promieniami słońca.