Bambi spojrzał na Goba współczująco, potem spojrzał na ciotkę Enę, Falinę i Marenę.
Ale one uśmiechały się tylko i podziwiały Goba.
— Przypuszczam — zaczęła Falina — że trudno ci będzie przyzwyczaić się do zimy, Gobo. Tu u nas w lesie nie ma zimą siana, nie ma rzepy ani kartofli.
— To prawda — odpowiedział Gobo w zadumie — o tym jeszcze zupełnie nie pomyślałem. Nie potrafię też sobie wyobrazić, jak to jest. Musi to być okropne.
Bambi powiedział spokojnie:
— Nie jest to okropne. Jest to tylko trudne.
— No — oświadczył Gobo wyniośle — jeżeli mi będzie za trudno, pójdę sobie po prostu do NIEGO. Po co miałbym tutaj głodować? To mi naprawdę wcale nie jest potrzebne.
Bambi odwrócił się bez słowa i odszedł.
Gdy Gobo pozostał później znowu sam z Mareną, zaczął mówić o Bambim.
— On mnie nie rozumie — powiedział. — Poczciwy Bambi przypuszcza, że jestem ciągle jeszcze owym głupim, małym Gobem, jakim byłem niegdyś. Ciągle jeszcze nie może się oswoić z myślą, że stałem się czymś wyjątkowym. Niebezpieczeństwo! Po co on mi ciągle mówi o niebezpieczeństwie? Niewątpliwie jest dla mnie życzliwy, ale niebezpieczeństwo to coś dla niego i jemu podobnych, ale nie dla mnie!