Marena zgodziła się z nim. Kochała go, a Gobo kochał ją i oboje byli szczęśliwi.
— Widzisz — powiedział znowu Gobo do niej — nikt mnie nie rozumie tak dobrze jak ty! Oczywiście, nie mogę się przecież uskarżać. Wszyscy mnie szanują i poważają. Ale ty rozumiesz mnie najlepiej. Inni... choćbym im najczęściej opowiadał, jaki ON jest dobry, słuchają mnie, nie myślą oczywiście, że kłamię, ale trwają jednak w przekonaniu, że ON musi być straszny!
— Ja w NIEGO zawsze wierzyłam — powiedziała Marena marzycielsko.
— Tak? — odpowiedział Gobo od niechcenia.
— Czy pamiętasz jeszcze — ciągnęła Marena — ów dzień, kiedy padłeś na śnieg i pozostałeś tam? Owego dnia powiedziałam, że ON przyjdzie kiedyś do nas do lasu i będzie się z nami bawił...
— Nie — odpowiedział Gobo przeciągle — tego sobie nie mogę przypomnieć.
Minęło kilka tygodni.
Pewnego ranka o świcie Bambi, Falina, Marena i Gobo spotkali się w starej rodzinnej gęstwie leszczynowej. Bambi i Falina powracali właśnie do domu z wędrówki, minęli stary dąb i zamierzali odszukać swoje legowisko, kiedy spotkali Goba i Marenę. Gobo szedł właśnie na łąkę.
— Zostań lepiej z nami — powiedział Bambi — słońce wzejdzie niebawem, nikt teraz nie wychodzi z lasu.
— Śmieszne — zadrwił Gobo. — Jeżeli nikt nie wychodzi... to ja wyjdę.