Bambi wpadł na myśl, którą podsunęła mu konieczność chwili:
— Pozwól przynajmniej wyjść najpierw Marenie, abyśmy wiedzieli...
Nie dokończył jeszcze zdania, gdy Marena wybiegła już z gęstwiny.
Wszyscy troje stali w miejscu i spoglądali za nią. Bambi i Falina bez tchu, Gobo z widocznym zniecierpliwieniem, jakby godził się tylko na głupią zachciankę innych.
Widzieli, jak Marena wychodziła na łąkę krok za krokiem, powoli, z podniesioną głową, ostrożnie stawiając nogi. Rozglądała się dokoła i węszyła na wszystkie strony.
I nagle błyskawiczny zwrot, wysoki skok, i Marena jak smagana wichrem wpadła z powrotem w gęstwinę.
— ON... ON tam jest! — szepnęła głosem zdławionym z przerażenia.
Drżała na całym ciele.
— Ja... ja... GO... widziałam... ON... tam jest... — bełkotała — ...tam po drugiej stronie... pod olchami... stoi ON...
— Uciekać! — zawołał Bambi. — Uciekać natychmiast!