— Chodź! — błagała Falina.
A Marena, która niemal już nie mogła mówić, szeptała:
— Proszę cię, Gobo, chodź teraz... proszę cię...
Ale Gobo pozostał spokojny.
— Biegajcie sobie, jak daleko możecie — odpowiedział. — Ja wam przecież nie przeszkadzam. Jeżeli ON tam jest, pójdę się z NIM przywitać.
Niepodobna go już było powstrzymać.
Pozostali więc na miejscu i widzieli jak Gobo wychodził z lasu. Pozostali na miejscu, gdyż wielka jego ufność działała na nich z jakąś niepojętą mocą, zarazem zaś powstrzymywał ich lęk o niego. Nie mogli się ruszyć z miejsca.
Gobo stał swobodnie na łące, rozglądał się dokoła i patrzył badawczo w stronę olch. Teraz zdawało się, że znalazł, czego szukał, teraz widocznie dostrzegł JEGO.
W tej chwili huknął grom.
Huk ten poderwał Goba w górę. Zawrócił nagle i olbrzymimi skokami pomknął z powrotem w gęstwinę.