Stali jeszcze, obezwładnieni ze strachu, kiedy nadbiegł. Słyszeli jego świszczący oddech, zawrócili wraz z nim, a gdy Gobo nie zatrzymał się, lecz nieprzytomnymi skokami pędził dalej przed siebie, wzięli go w środek i poddali się niepohamowanej ucieczce.
W chwilę potem Gobo padł na ziemię.
Marena przystanęła natychmiast, tuż obok niego. Bambi i Falina zatrzymali się nieco dalej, gotowi każdej chwili do ucieczki.
Gobo leżał z poszarpanym bokiem, a jego krwawiące trzewia wypłynęły. Podniósł głowę osłabłym, obrotowym ruchem.
— Mareno... — powiedział z wysiłkiem — Mareno... ON mnie nie poznał...
Jego głos załamał się.
W krzakach od strony łąki rozległ się groźny szelest.
Marena pochyliła głowę do Goba.
— ON idzie! — szepnęła przejmująco. — Gobo... ON idzie! Czy nie możesz wstać i uciec ze mną?...
Gobo podniósł znowu słabym, obrotowym ruchem głowę, w drgawkach uderzył nogami o ziemię i leżał dalej.