Czasami któraś z matek dawała znak ostrzegawczy. Wówczas młode kaczęta rozpraszały się na wszystkie strony, bez chwili wahania, rozbiegały się jak pod podmuchem wiatru, zupełnie bezszelestnie.
Bambi przyglądał się przez chwilę, jak maleństwa, które nie umiały jeszcze fruwać, znikały w gęstym sitowiu, ostrożnie, nie dotykając trzcinki, aby się nie zachwiała zdradziecko. Tu i ówdzie dostrzegał małe, ciemne ciałka, znikające powoli w sitowiu. Potem już nic nie widział.
A później jeden krótki krzyk matki, i natychmiast wszystkie kaczęta roiły się znowu nad wodą. Hufiec skupiał się natychmiast znowu, kaczęta zaczynały znowu jak przedtem krążyć po powierzchni wody.
Bambi podziwiał to stale. Wydawało mu się to niezwykłą sztuką.
Po jednym takim alarmie zwrócił się do którejś z matek:
— Co się przedtem stało? Uważałem pilnie, ale nic nie zauważyłem.
— Bo też to nic nie było — odpowiedziała kaczka.
Kiedy indziej jedno z dzieci dało sygnał ostrzegawczy, odwróciło się z błyskawiczną szybkością i pomknęło przez sitowie prosto w to miejsce brzegu, gdzie stał Bambi.
Bambi zapytał kaczątko:
— Co się teraz stało? Ja nic nie zauważyłem.