— Bo też to nic nie było — odpowiedziało maleństwo.

Z przemądrzałą minką wstrząsnęło piórkami ogona, starannie złożyło na nich końce skrzydeł i pożeglowało z powrotem do wody.

Mimo to Bambi polegał na kaczkach. Zrozumiał, że są czujniejsze od niego, że bystrzej słyszą i lepiej widzą. Kiedy stał tutaj, wieczne naprężenie, w jakim się znajdował, ustępowało nieco.

Chętnie też rozmawiał z kaczkami. Nie mówiły takich głupstw, jakie tak często słyszał teraz od innych. Opowiadały o rozległym powietrzu, o wietrze i o dalekich polach, na których można się było pławić w najwspanialszych smakołykach.

Czasami Bambi spostrzegał, jak coś małego nagle przemykało obok niego w powietrzu, tuż nad brzegiem, niby ognista błyskawica.

— Srrr-ih! — wołał zimorodek cicho i przemykał obok Bambiego. Mały, migoczący punkcik. Mienił się błękitem i zielenią, migotał czerwono: zajaśniał i znikał.

Bambi wpatrywał się w to z zachwytem, a pragnąc przyjrzeć się dziwnemu nieznajomemu z bliska, zawołał go.

— Niech pan sobie nie zadaje trudu — powiedziała do niego kurka wodna15 z gęstego sitowia. — Niech pan sobie nie zadaje trudu. On panu przecież i tak nie odpowie.

— Gdzie pani jest? — zapytał Bambi, rozglądając się po sitowiu.

Ale kurka wodna zaśmiała się głośno z zupełnie innej strony.