Potem wszystko ucichło.
Wkrótce potem lis ukazał się nad stokiem, trzymając kaczkę w pysku. Szyja jej zwisała bezwładnie, skrzydła poruszały się jeszcze lekko, ale lis nie zważał na to. Drwiącymi, kłującymi oczyma spojrzał szyderczo z ukosa na Bambiego i powoli zaszył się w gęstwinę.
Bambi stał bez ruchu.
Z trzepotaniem skrzydeł uniosło się w górę kilka starych kaczek. Nieprzytomne ze strachu, uleciały dalej. W sitowiu ze wszystkich stron rozlegały się wrzaskliwe okrzyki ostrzegawcze. Sikory w krzakach ćwierkały z podnieceniem, młode kaczęta biegały po sitowiu i osierocone skarżyły się cichymi dźwiękami.
Zimorodek przemknął wzdłuż brzegu.
— Proszę! — zawołały kaczęta. — Proszę pana, czy nie widział pan naszej matki?
— Srrr-ih! — odpowiedział zimorodek, przemykając obok nich w przepychu migoczących barw. — Co to mnie obchodzi!
Bambi odwrócił się i odszedł.
Wędrował przez gęstą plątaninę nawłoci, szedł przez płaszczyznę wysokich buków, minął stare zarośla leszczynowe, aż przybył na skraj wielkiego rowu.
Błąkał się tutaj dokoła, w nadziei, że spotka starca. Nie widział go długo, od śmierci Goba.