— Chodź! — zawołał starzec i pobiegł w kierunku tych dźwięków.
Bambi, biegnąc u jego boku, odważył się zapytać:
— Czy tam nie ma niebezpieczeństwa?
— Owszem! — odpowiedział starzec. — Jest tam wielkie niebezpieczeństwo!
Niebawem ujrzeli gałęzie, które szarpano i wstrząsano od dołu, tak że poruszały się gwałtownie. Zbliżyli się i spostrzegli, że pośrodku krzaków biegła maleńka dróżka.
Przyjaciel zając leżał na ziemi, rzucał się na wszystkie strony, miotał się, leżał cicho, miotał się znowu, a każdy jego ruch szarpał otaczające go krzaki.
Bambi spostrzegł ciemną smugę, podobną do wici. Ciągnęła się ona sztywno od jednej z gałęzi do przyjaciela zająca i otaczała jego szyję.
Przyjaciel zając usłyszał teraz widocznie, że ktoś nadchodzi. Jak szalony rzucił się w górę, spadł z powrotem na ziemię, chciał uciekać, jakaś siła rzuciła go znowu na trawę, gdzie zadygotał rozpaczliwie.
— Bądźże cicho! — krzyknął na niego starzec, a potem współczująco, łagodnym głosem, który na wskroś przeniknął serce Bambiego, powtórzył, stając tuż przy zającu:
— Bądź spokojny, przyjacielu zającu, to ja! Nie poruszaj się teraz. Leż zupełnie spokojnie.