Zając leżał bez ruchu, rozpłaszczony na ziemi, ściśnięty jego oddech rzęził cicho.

Starzec ujął gałąź w zęby, ściągnął ją w dół, wykręcając się zręcznie, stanął na niej, przytrzymał ją pod mocnymi kopytami swoich nóg i złamał jednym uderzeniem korony.

Potem nachylił się do zająca.

— Leż spokojnie — powiedział — chociażby nawet bolało.

Przechyliwszy głowę w bok, przycisnął jedną laskę swojej korony tuż do karku zająca, wsunął mu ją mocno w skórę za słuchami, namacał coś i skinął głową. Zając począł się wić.

Starzec cofnął się natychmiast.

— Spokojnie! — nakazał. — Idzie o twoje życie!

Na nowo zabrał się do swego dzieła. Zając leżał spokojnie, rzężąc tylko cicho. Bambi przyglądał się temu w niemym zdumieniu.

Jedna laska korony starca, wciśnięta mocno w futro zająca, podjechała teraz pod pętlę. Starzec klęczał niemal, kręcił głową, jakby świdrował, wciskał koronę coraz głębiej i głębiej w pętlę, która wreszcie ustąpiła i zaczęła się rozluźniać.

Zając odzyskał oddech i natychmiast wybuchnęła z niego głośno cała trwoga, wybuchnął cały ból.