Bambi oddychał głęboko. Nagle uczuł się na duszy tak wolny, jak nie był już dawno. Wesoło wyszedł z gęstwiny na spowitą w mgły łąkę.
Nagle huknął grom.
Bambi uczuł straszliwe pchnięcie, od którego aż się zatoczył.
Oszalały z przerażenia skoczył z powrotem w gęstwinę i pobiegł dalej. Nie rozumiał, co się stało, nie mógł skupić myśli, pędził tylko i pędził. Groza ściskała mu serce, aż tracił oddech, kiedy tak mknął na oślep przed siebie.
Ale nagle przeniknął go kłujący ból. Zdawało mu się, że nie potrafi znieść tego bólu. Uczuł coś gorącego, spływającego mu po lewym udzie, cienką, palącą nitkę, która płynęła stamtąd, gdzie ukłuł go ów ból.
Bambi musiał się zatrzymać w biegu. Ból zmusił go, aby chodził powoli. Potem uczuł, jak traci siły w krzyżu i w nogach. Wreszcie padł na ziemię.
Rozkoszą było leżeć tak i wypoczywać.
— Wstań! Bambi! Wstań!
Przed nim stał starzec, łagodnie trącając go w ramię.
Bambi chciał odpowiedzieć: