Zdawało się, że starzec odgadywał to, gdyż nieustannie przemawiał do niego namiętnie:

— Musisz teraz znieść wszelki ból, teraz nie wolno ci myśleć o położeniu się... nawet myśleć ci o tym nie wolno, gdyż sama ta myśl czyni cię znużonym! Teraz musisz się ratować... rozumiesz mnie, Bambi?... Ratować się... inaczej jesteś zgubiony... Pomyśl tylko o tym, że ON jest na twoim tropie... rozumiesz mnie, Bambi?... A ON zabije cię bez litości... Chodź tędy... tak... ciągle tylko tędy... jakoś to już będzie... musi być...

Bambi nie miał już siły myśleć. Ból szalał w nim za każdym krokiem, pozbawiał go tchu i przytomności, a gorąca struga, spływająca mu po udzie, paliła go, wprawiając jego serce w głębokie, nieprzytomne podniecenie.

Starzec zatoczył wielki krąg. Trwało to długo. Poprzez mgłę bólu i osłabienia Bambi zorientował się ze zdumieniem, że nagle minęli znowu wielki dąb.

W tej chwili starzec zatrzymał się i począł węszyć przy ziemi.

— Tutaj! — szepnął — tutaj... jest ON... a tutaj... pies... Chodź teraz... prędzej!

Pobiegli.

Nagle starzec zatrzymał się znowu.

— Widzisz! — zawołał. — Tutaj... tutaj leżałeś na ziemi...

Bambi ujrzał zgniecioną trawę i w szerokiej kałuży własną krew, która wsiąkała w ziemię.