Bardzo wolno kroczyli przez salę wysokich buków. Ziemia była miękka i gładka. Chodziło się po niej bez trudu.
Bambi uczuł tęsknotę, aby się tutaj położyć, aby się rozciągnąć i nie poruszać więcej członkami. Nie mógł iść dalej. Głowa go bolała, szumiało mu w uszach, jego nerwy dygotały, poczęła nim wstrząsać gorączka.
Pociemniało mu przed oczyma. Nie czuł już nic prócz tęsknoty za wypoczynkiem i obojętnego zdumienia, że życie jego zostało tak nagle przerwane i zmienione. Że codziennie chodził zdrów i cały po lesie... jeszcze dzisiaj rano... jeszcze przed godziną... to wydawało mu się niby szczęście jakiegoś odległego, dawno minionego czasu.
Przeszli przez niską gęstwinę dębów i ligustru. Olbrzymi, pęknięty pień bukowy leżał w poprzek przed nimi, wciśnięty głęboko w krzaki, i zatarasowywał im drogę.
— Jesteśmy... — usłyszał znowu Bambi głos starca.
Starzec ruszył wzdłuż pnia. Bambi szedł za nim i wpadł niemal do dołu, który się tutaj rozwierał.
— Tak! — powiedział w tej chwili starzec. — Tutaj możesz leżeć.
Bambi skulił się i nie poruszał się więcej.
Pod zwalonym bukiem dół stawał się jeszcze głębszy i tworzył małą izdebkę. Krzaki rosnące na górnym skraju zamykały się nad tym, kto tam wchodził, i chroniły go przed czyimkolwiek wzrokiem. Kto był tam na dole, ten jakby zniknął ze świata.
— Tutaj jesteś bezpieczny — powiedział starzec — tutaj możesz pozostać.