Minęło wiele dni.
Bambi leżał w ciepłej ziemi, mając nad sobą gnijącą korę zwalonego drzewa, przysłuchiwał się swoim bólom, jak rosły w jego ciele, stawały się silniejsze, ustępowały, porzucały go i opadały, coraz wolniej i wolniej. Niekiedy wypełzał ze swojej kryjówki, stawał słabo na chwiejących się, niepewnych nogach, sztywno robił kilka kroków, szukając pożywienia.
Jadał teraz zioła, na które dawniej nigdy nie zwracał uwagi, których nie dostrzegał nawet dawniej. Ale teraz nagle narzucały mu się, przyzywały go swoją wonią, pełną dziwnej, kuszącej ostrości. To, czym gardził dawniej, co odrzucał, kiedy mu przypadkowo wpadło między wargi, wydawało mu się teraz smaczne i soczyste. Niektóre małe liście, niektóre krótkie, krępe łodyżki i teraz nie były mu miłe, ale mimo to jadł je jak pod przymusem, a rana jego goiła się szybciej, siły powracały wyraźnie.
Był uratowany.
Nie opuszczał jednak jeszcze dołu, tylko w nocy wychodził trochę, przez cały dzień zaś leżał cicho w swoim łożu. Dopiero teraz, kiedy jego ciało nie czuło już bólów, Bambi przeżył raz jeszcze w myślach wszystko, co się stało, i zbudziło się w nim wielkie przerażenie, głęboki wstrząs przeniknął jego duszę. Nie mógł się z tego otrząsnąć, nie mógł jeszcze wstać i biegać jak dawniej.
Leżał w norze i był podniecony, na przemian przerażony, zawstydzony, zdumiony, wzruszony, to pełen melancholii, to pełen szczęścia.
Starzec przebywał przy nim ciągle. Początkowo dzień i noc nie odstępował od boku Bambiego. Teraz pozostawiał go niekiedy samego, zwłaszcza gdy postrzegał, że Bambi popada w zamyślenie. Stale jednak przebywał w jego pobliżu.
Nadszedł pewien wieczór, po błyskawicach i grzmotach, ulewie i burzy, wieczór o oczyszczonym, wymytym, błękitnym niebie, opromienionym przez zachodzące słońce.
Na wszystkich wierzchołkach drzew dokoła śpiewały głośno kosy, zięby, w krzakach szeptały sikory, w trawie i pod krzakami na ziemi brzmiało krótkimi okrzykami metalicznie skrzekliwe pianie bażantów, dzięcioł śmiał się głośno i radośnie, a gołębie gruchały w żarliwej tęsknocie miłosnej.
Bambi wyszedł ze swego dołu. Życie było piękne.