Przemilczał, że został ze swego dawnego obrębu, w którym trwał od urodzenia, wypędzony przez młodszego, bezwzględnego rywala.

— Nie można trwać wiecznie na tym samym miejscu — dodał jeszcze.

Potem zaczekał na odpowiedź.

Ale Bambiego już nie było. Prawie tak samo jak starzec znał teraz sztukę nagłego i bezszelestnego znikania.

Puszczyk był oburzony.

— Bezczelność... — mruknął do siebie.

Otrząsnął się, wcisnął dziób w pierze na piersi i począł filozofować w duchu:

„Nie wolno wierzyć, że z wytwornymi panami może istnieć przyjaźń. Choćby byli najbardziej uprzejmi... kiedyś jednak stają się bezczelni... a wtedy siedzi się tak głupio, jak ja teraz siedzę...”

Nagle spadł pionowo jak kamień na ziemię. Dojrzał mysz, która teraz jeden jedyny raz tylko zdążyła pisnąć w jego szponach. Poszarpał ją na kawały, gdyż był bardzo rozgniewany.

Szybciej niż zwykle przełknął niewielki kąsek. Potem odleciał.