„Co mnie obchodzi ten Bambi?” — pomyślał. „Co mnie obchodzi to całe wytworne towarzystwo? Wcale mi na nim nie zależy!”

Zaczął znowu krzyczeć. Tak donośnie, tak wytrwale, że kilka turkawek, obok których przefrunął, obudziło się i z głośnym szelestem skrzydeł zerwało się ze swoich miejsc.

Przez wiele dni jeszcze burza szalała po lesie, zrywając ostatnie liście z gałęzi. Wreszcie drzewa były zupełnie ogołocone.

Bambi szedł o brzasku porannym w stronę domu, aby się przespać w dole razem ze starcem.

Jakiś cieniutki głosik zawołał go dwa czy trzy razy szybko po kolei. Bambi zatrzymał się. I oto wiewiórka jak błyskawica mignęła w dół spomiędzy gałęzi i usiadła przed nim na ziemi.

— Więc to pan naprawdę! — zagwizdała z pobożnym zdumieniem. — Od razu pana poznałam, kiedy pan przechodził, ale nie chciałam wierzyć własnym oczom...

— Skąd się pani tutaj bierze?... — zapytał Bambi.

Wesoła mała twarzyczka wiewiórki przybrała zatroskany wyraz.

— Nie ma już dębu... — poczęła się żalić — mego pięknego, starego dębu... przypomina pan sobie? Było to okropne... ON go wywrócił.

Bambi ze smutkiem spuścił głowę. W duszy uczuł żal po wspaniałym, starym drzewie.