— Tak szybko się to stało — opowiadała wiewiórka. — My wszyscy, którzy mieszkaliśmy na drzewie, musieliśmy uciekać i patrzyliśmy, jak ON olbrzymim, połyskującym zębem przegryzł stary dąb. Drzewo krzyczało głośno otwartą raną. Nieustannie krzyczało, a ząb krzyczał także... straszne było słuchać tego. A potem piękne, stare drzewo padło. Upadło na łąkę... a my wszyscy płakaliśmy.
Bambi milczał.
— Tak... — westchnęła wiewiórka — ON może wszystko... ON jest wszechmocny...
Spojrzała na Bambiego szeroko rozwartymi oczyma i nastroszyła uszy, ale Bambi milczał.
— A teraz wszyscy jesteśmy bez dachu nad głową... — mówiła dalej wiewiórka — nie wiem wcale, gdzie rozproszyli się inni... Ja przybyłam tutaj... ale takiego drzewa prędko nie znajdę...
— Stary dąb... — powiedział Bambi jakby do siebie — znałem go od dni dzieciństwa.
— No... ale że też to pan jest naprawdę!
Wiewiórka była niezmiernie zadowolona.
— Wszyscy myśleli, że pan chyba dawno nie żyje. Niekiedy co prawda mówiono, że pan jeszcze żyje... niekiedy opowiadano, że ten czy ów widział pana... ale niczego określonego nie można się było dowiedzieć, uważano więc to wszystko za zwykłe pogłoski...
Wiewiórka spojrzała na niego badawczo.