Rozdział 24

Las był znowu okryty śniegiem i zamilkł pod gęstym, białym całunem. Słychać było tylko nawoływania wron, tylko od czasu do czasu zatroskany krzyk sroki, tylko zalęknioną, cichą rozmowę ćwierkających sikor.

Potem mróz przybrał jeszcze na sile i wszystko zamilkło. Teraz powietrze poczęło dźwięczeć z zimna.

Pewnego ranka głęboką ciszę przerwało szczekanie psa.

Było to nieprzerwane, śpieszne szczekanie, które szybko przebiegało po lesie, ochrypłe, głośne, przeciągłe, załamujące się, kłótliwe.

W dole pod zwalonym pniem bukowym Bambi podniósł głowę i spojrzał na starca, który leżał obok niego.

— To nic — odpowiedział starzec na spojrzenie Bambiego — to nas nie dotyczy.

Mimo to obaj nasłuchiwali.

Leżeli więc w swoim dole, mając nad sobą ochronny dach starego pnia bukowego, wysoki śnieg nie dopuszczał do nich lodowatego podmuchu, a splątane gałęzie krzaków niby gęsta krata chroniły ich przed wszelkim śledzącym okiem.

Szczekanie przybliżyło się, gniewne, sapiące, rozgorączkowane. Musiał to być mały pies.