Zbliżało się coraz bardziej. Teraz słyszeli już podwójne czerpanie oddechu, słyszeli poprzez kłótliwe szczekanie cichy, bolesny warkot.
Bambi stał się niespokojny, ale starzec ułagodził go znowu:
— To nas nie dotyczy.
Leżeli cicho w swojej ciepłej izbie i wyglądali w świat.
Wtem coś zaszeleściło bliżej w gałęziach, śnieg spadł z trąconych nagle konarów, śnieg wzniósł się z ziemi.
Teraz można też było rozpoznać, kto się zbliżał.
Poprzez śnieg i krzaki, gałęzie i korzenie skakał, pełzał i skradał się stary lis.
Tuż za nim nadbiegł pies. Był to istotnie mały pies na krótkich nogach.
Lis miał zmiażdżoną jedną przednią łapę, a tuż nad nią poszarpane futro. Zranioną nogę trzymał wysoko przed sobą, krew płynęła mu z ran, oddech świszczał, oczy były rozszerzone z przerażenia i wysiłku. Był zupełnie nieprzytomny z trwogi i gniewu, był zrozpaczony i wyczerpany.
I nagle odwrócił się. Był to niespodziewany ruch, który zaskoczył psa, tak że cofnął się o kilka kroków.