Lis przysiadł na tylnych nogach. Nie mógł iść dalej. Uniósłszy żałośnie postrzeloną przednią łapę, z rozwartym pyskiem, z drgającymi wargami parskał w stronę psa.
Ale pies nie zamilkł ani na chwilę. Jego wysoki, ochrypły głos stał się teraz tylko pełniejszy i głębszy.
— Tu! — wołał. — Tu! Tu jest! Tu! Tu! Tu!
Nie złorzeczył teraz lisowi, nie mówił do niego w tej chwili zupełnie, lecz najwidoczniej przywoływał kogoś innego, kto był jeszcze bardzo oddalony.
Zarówno Bambi jak starzec wiedzieli, że pies przywoływał JEGO.
Lis wiedział to także.
Krew spływała teraz po nim, kapała z jego piersi na śnieg i tworzyła na białej, lodowatej powłoce ogniście czerwoną plamę, która parowała lekko.
Wreszcie lisa opadło osłabienie. Jego zmiażdżona łapa bezsilnie opuściła się w dół, ale przy zetknięciu z zimnym śniegiem przeniknął ją palący ból. Lis z wysiłkiem podniósł ją znowu i drżąc, trzymał ją w powietrzu.
— Puść mnie... — zaczął mówić. — Puść mnie...
Mówił cicho i błagalnie. Był zupełnie wyczerpany i zupełnie pokorny.