— Nie! Nie! Nie! — wrzasnął pies gniewnie.
— Proszę cię... — powiedział lis — nie mogę już biec dalej... koniec ze mną... Puść mnie... pozwól mi uciec... pozwól mi wrócić do domu... pozwól mi przynajmniej umrzeć w spokoju...
— Nie! Nie! Nie! — wył nadal pies.
Lis począł prosić jeszcze natarczywiej.
— Jesteśmy przecież krewniakami... — skarżył się — jesteśmy niemal braćmi... Puść mnie do domu... pozwól mi umrzeć wśród swoich... my... przecież... jesteśmy prawie braćmi... ty i ja...
— Nie! Nie! Nie! — szalał pies.
Wówczas lis wyprostował się i usiadł zupełnie sztywno. Jego piękny, spiczasty pyszczek pochylił się aż do krwawiącej piersi, oczy uniosły się w górę i spojrzał psu prosto w twarz. Zupełnie zmienionym głosem, spokojnie, smutno i z rozgoryczeniem mruknął:
— Nie wstydzisz się?... Zdrajco!
— Nie! Nie! Nie! — krzyczał pies.
Ale lis ciągnął: