Konik polny stał z czupurnie schyloną główką, zrobił poważną minę i mruknął:
— To mnie nie interesuje. Nie mam czasu gawędzić tu z panem, muszę teraz poszukać żony. Hop!
I już go nie było.
— Hop! — powtórzył Bambi stropiony, podziwiając wysoki skok, jakim zniknął konik polny.
Bambi pobiegł do matki.
— Wiesz... rozmawiałem z nim!
— Z kim? — zapytała matka.
— No, z tym konikiem polnym — odpowiedział Bambi. — Rozmawiałem z nim. Był dla mnie bardzo uprzejmy. I bardzo mi się podobał. Jest tak cudownie zielony, a na końcach tak przezroczysty, jak nie może być żaden liść, nawet najcieńszy.
— To są skrzydła.
— Tak? — mówił dalej Bambi. — I ma taką poważną twarz, taką zamyśloną. Ale mimo to był dla mnie bardzo uprzejmy. A jak on umie skakać! To musi być bajecznie trudne. „Hop!” mówi i skacze tak wysoko, że wcale go już nie widać.