Poszli dalej.
Rozmowa z konikiem polnym wprawiła Bambiego w podniecenie i trochę go zmęczyła, gdyż po raz pierwszy w życiu rozmawiał z kimś obcym. Uczuł głód i przytulił się do matki, aby się pokrzepić.
Kiedy stał potem znowu spokojnie i na chwilę popadł w rozmarzenie, w ową lekką, słodką opiłość, która ogarniała go za każdym razem, kiedy się nasycił mlekiem matki, spostrzegł nagle w gmatwaninie trawy jasny kwiat, który się poruszał. Bambi przyjrzał się dokładniej. Nie, to nie był kwiat, to był motyl.
Bambi cichutko przysunął się bliżej.
Motyl wisiał ociężale na źdźble trawy i leniwie poruszał skrzydełkami.
— Proszę, niech pan zostanie na miejscu — zawołał Bambi.
— Dlaczego mam zostać na miejscu? Jestem przecież motylem — odpowiedział owad zdziwiony.
— Ach, niech pan tylko przez chwileczkę zostanie na miejscu — prosił Bambi. — Dawno już pragnąłem zobaczyć pana z bliska. Niechże pan będzie tak dobry.
— Ostatecznie niech będzie — odpowiedział motyl — ale nie długo.
Bambi stanął przed nim.