Delikatne, lękliwe wołanie dobiegło do jego ucha.

Począł nasłuchiwać, zbliżył się, bardzo cicho, ciągle przez najgęstsze krzaki, ciągle bezszelestnie, jak to było od dawna w jego zwyczaju.

Znowu rozległo się wołanie, jeszcze bardziej natarczywe, jeszcze bardziej błagalne. Głosy jego własnego gatunku:

— Mamo!... Mamo!...

Bambi przedzierał się przez krzaki, kierując się w stronę tego wołania.

Stało tam dwoje maleństw w czerwonych sukienkach, braciszek i siostrzyczka, osamotnieni i zalęknieni.

— Mamo!... Mamo!...

Zanim się zdążyli zorientować, co się stało, Bambi stanął przed nimi.

Bez słowa wlepili w niego wzrok.

— Wasza matka nie ma teraz czasu — powiedział Bambi surowo.