Motyl uniósł się w górę.
— Dość — powiedział. — Umiem fruwać.
Uniósł się tak lekko, że niepodobna było tego wcale spostrzec ani zrozumieć. Białe jego skrzydła poruszały się łagodnie, z wdziękiem, oto już szybował w słonecznym powietrzu.
— Tylko na pańską prośbę siedziałem tak długo na miejscu — powiedział, latając w dół i w górę przed oczyma Bambiego — ale teraz odlatuję.
To była łąka.
Rozdział 3
W samej głębi gęstwiny było małe miejsce, które należało do matki Bambiego. Znajdowało się ono o kilka tylko kroków w bok od wąskiej ścieżki saren, która przecinała tutaj las, ale niepodobna go było znaleźć, jeżeli się nie znało małego przełazu w gęstych krzakach.
Była to bardzo ciasna izdebka, tak ciasna, że tylko matka i Bambi mieścili się tam z trudnością, a tak niska, że kiedy matka Bambiego stała, głowa jej kryła się już w gałęziach.
Leszczyna, kolczasty jałowiec i ligustr wrastały tu w siebie nawzajem, wchłaniając tę odrobinę światła słonecznego, jaka przedzierała się przez korony drzew, tak że nigdy nie mogło ono dotrzeć do ziemi.
W tej właśnie izdebce przyszedł Bambi na świat i tutaj było mieszkanie jego i jego matki.