Zając siedział przed nimi i bardzo był miły z wyglądu. Jego długie, łyżkowate słuchy5 wznosiły się potężnie w górę, a potem opadały zupełnie bezwładnie, jakby ogarnięte nagłą niemocą. Bambi stropił się trochę, kiedy zobaczył sztywne i proste wąsy, okalające ze wszystkich stron usta zająca. Zauważył jednak, że zając miał twarz bardzo łagodną, rysy niezmiernie dobroduszne i że jego wielkie, okrągłe oczy rzucały na świat skromne spojrzenia.
Istotnie, zając wyglądał jak przyjaciel.
Chwilowe skrupuły małego Bambiego rozwiały się natychmiast. Co dziwne, niebawem też rozwiał się zupełnie szacunek, jaki początkowo dla niego odczuwał.
— Dobry wieczór, paniczu — powitał go zając z wyszukaną uprzejmością.
Bambi skinął tylko głową „dobry wieczór”. Nie wiedział dlaczego, ale tylko skinął głową. Bardzo serdecznie, bardzo grzecznie, ale trochę jednak lekceważąco. Nie mógł inaczej. Może to było wrodzone.
— Co za piękny młody książę! — powiedział zając do matki.
Obserwował Bambiego uważnie, podnosząc przy tym to jedno łyżkowate ucho, to drugie, to znowu obydwa, a niekiedy opuszczając je oba naraz szybko i bezwładnie, co się jednak małemu Bambiemu nie podobało. Ruch ten zdawał się mówić: nie warto.
Tymczasem zając nadal przyglądał mu się łagodnie wielkimi, okrągłymi oczyma. Nos jego i usta ze wspaniałymi wąsami poruszały się przy tym nieustannie jak u kogoś, kto rusza nosem i wargami, walcząc z kichnięciem. Bambi musiał się roześmiać.
Natychmiast jednak i zając roześmiał się gorliwie, tylko oczy jego stały się bardziej zadumane.
— Winszuję pani — powiedział do matki — szczerze pani winszuję takiego syna. Tak... tak... tak... co to będzie kiedyś za wspaniały książę... tak... tak... tak... to widać od razu.