Wyprostował się teraz i siedział sztywno na tylnych nóżkach, czym Bambi był niezmiernie zdziwiony. Zając rozejrzał się dokoła starannie, nastawiwszy sztywno wielkie słuchy i cudownie poruszając nosem, potem zaś usiadł znowu grzecznie na czworakach.

— Tak, a teraz żegnam szanownych państwa — powiedział — mam jeszcze dzisiaj wieczorem mnóstwo roboty... żegnam najuniżeniej.

Odwrócił się i pobiegł szybko, położywszy po sobie uszy, które sięgały mu aż do łopatek.

— Do widzenia — zawołał za nim Bambi.

Matka uśmiechnęła się.

— Poczciwy zając... taki miły i taki skromny. Nie łatwo mu też jest żyć na świecie.

W słowach jej brzmiała sympatia.

Bambi pospacerował trochę dokoła, podczas gdy matka spożywała wieczerzę. Miał nadzieję, że spotka swego znajomego z pierwszego razu, i był też gotów zawrzeć nowe znajomości. Bo chociaż nie uświadamiał sobie jasno, czego mu właściwie brak, było w nim jednak ciągle jakieś oczekiwanie.

Nagle usłyszał z daleka jakiś delikatny szelest na łące i szybkie stukanie w ziemię.

Podniósł wzrok. Tam dalej, na drugim krańcu lasu coś skakało przez trawę. Jakaś istota... nie... dwie!