A Gobo powtórzył skromnie:

— Tak pięknie jest... jeszcze chwileczkę.

Mówili jednocześnie wszyscy troje.

Ena spojrzała na matkę.

— No, czy nie powiedziałam? Teraz nie chcą się już rozstawać.

Nagle stało się jeszcze coś, co było o wiele większe niż wszystko, co Bambi przeżył już dzisiaj.

Od strony lasu rozległ się jakiś głuchy tupot i dudnienie po ziemi. Gałęzie trzaskały, chrust szeleścił i zanim można było nastawić uszu, wyskoczyli z gęstwiny. Jeden z szumem i parskaniem, drugi ze świstem za nim. Jak wicher wybiegli z gęstwiny, zatoczyli na łące olbrzymi łuk, zniknęli z powrotem w lesie, gdzie słychać było nadal ich galop, raz jeszcze wypadli z gęstwiny i zatrzymali się nagle, oddaleni od siebie o jakieś dwadzieścia kroków.

Bambi patrzył na nich bez ruchu. Wyglądali podobnie jak matka i ciotka Ena. Ale na głowach ich migotały korony rogów, brunatnymi perłami i jasnymi, białymi zębami. Bambi był zupełnie oszołomiony. Spoglądał to na jednego, to na drugiego. Jeden był niższy, a i korona jego była mniejsza. Drugi zaś był władczo piękny. Głowę nosił wysoko i wysoko sterczała na niej korona. Migotała ona ciemnymi i jasnymi błyskami, ozdobiona była przepychem licznych czarnych i brązowych pereł i długimi, lśniąco białymi końcami.

— O! — zawołała Falina z podziwem.

Gobo powtórzył cicho: