Teraz ujrzał Bambi potężne postacie, które mijały ich z wielkim szelestem. Przechodziły one bardzo blisko. Były zupełnie podobne do Bambiego i jego matki, do ciotki Eny i wszystkich innych z ich rodu, ale były olbrzymie, były tak wielkiego wzrostu, że trzeba było na nie spoglądać w górę z oszołomieniem.
Bambi zaczął także zawodzić.
— A-och... Ba-och... ba-och!
Nie zdawał sobie niemal sprawy, że krzyczał, ale po prostu nie mógł inaczej.
Pochód przesunął się obok nich powoli. Trzy, cztery olbrzymie postacie, jedna za drugą. Na końcu szedł jeden, który był jeszcze większy od innych, miał na karku dziką grzywę, a na głowie koronę jak całe drzewo.
Widok ten pozbawiał tchu.
Bambi stał nieruchomo, jęcząc całą piersią, gdyż czuł się tak niesamowicie, jak nigdy jeszcze. Bał się, ale w jakiś szczególny sposób. Wydawał się sobie samemu żałośnie małym, a nawet matka wydawała mu się nędznie umniejszona. Wstydził się, nie wiedząc dlaczego, ale zarazem wstrząsał nim dreszcz grozy, tak że zawodził ciągle:
— Ba-och... ba-a-och!
Kiedy tak krzyczał, doznawał ulgi.
Pochód przeszedł. Już go nie było widać ani słychać. Matka milczała także. Tylko Bambi od czasu do czasu pobekiwał krótko. Ciągle jeszcze wstrząsał nim dreszcz.