Na gałęzi olszyny siedziała kraska.
A z wierzchołków drzew zakrakało gniewnie kilka wron:
— Myśmy GO także widziały!
Siedziały wszystkie dokoła i gadały z napuszeniem. Były dziwnie podniecone i — jak się zdawało — przejęte gniewem i lękiem.
— Kogo? — zapytał Bambi — kogo one widziały?
— Zadawałam sobie największy trud — opowiadała wiewiórka, przyciskając przekonywającym ruchem przednie łapki do serca. — Zadawałam sobie największy trud, żeby zwrócić biednemu księciu uwagę.
— Mnie także nie słyszał — zaskrzeczała sroka. — Dziesięć razy wołałam. Właśnie chciałam podfrunąć zupełnie blisko, gdyż pomyślałam sobie, że jeżeli nie dosłyszał mnie dotychczas, to muszę polecieć na krzak leszczyny, przed którym stał. Tam będzie mnie musiał usłyszeć. Ale w tej właśnie chwili stało się.
— Mój głos jest przecież naprawdę donośniejszy niż wasze, a ostrzegałam go jak mogłam — przemówiła wrona rozgoryczonym tonem. — Ale ci państwo mało zwracają uwagi na takie stworzenia jak my.
— Naprawdę, o wiele za mało — zgodziła się wiewiórka.
— Robi się, co się może — wtrąciła sroka. — Oczywiście nie nasza wina, jeżeli staje się nieszczęście.