Las śpiewał znowu tysiącami głosów, słońce szerokimi smugami przedzierało się przez korony drzew, wszędzie było jasno, liście zaczynały parować.

Wysoko w powietrzu nawoływały sokoły, a tutaj, zupełnie blisko, roześmiał się głośno dzięcioł, jakby się nic nie stało.

Bambi czuł się nie wesoło. Czuł się zagrożony przez coś tajemniczego, nie rozumiał, jak inni mogli być tak weseli i beztroscy, jeżeli życie było takie trudne i niebezpieczne. W tej chwili ogarnęło go pragnienie, aby odejść daleko, coraz głębiej i głębiej w las. Kusiło go teraz, aby zwrócić się tam, gdzie był największy gąszcz, poszukać sobie jakiegoś schronienia, gdzie byłby ze wszystkich stron otoczony nieprzeniknionymi zaroślami i gdzie nie mógłby być dostrzeżony. Na łąkę postanowił już nigdy nie wychodzić.

Obok niego coś poruszyło się bardzo cichutko w krzakach. Bambi wzdrygnął się gwałtownie. Stanął przed nim starzec.

W Bambim coś zadrgało; chciał uciekać, ale opanował się i pozostał.

Starzec spojrzał na niego wielkimi, głębokimi oczyma:

— Czy widziałeś to, co się stało przedtem? — zapytał.

— Tak — odpowiedział Bambi cicho.

Serce jego biło tak mocno, że dławiło mu język.

— Gdzie twoja matka? — zapytał znowu starzec.