— Nie wiadomo, kogo to dosięgnie — powiedział pierwszy. — Kiedy było jeszcze ciepło i słońce grzało mocno, zdarzał się niekiedy wicher albo ulewa i wiele z nas już wtedy było zrywanych, chociaż były jeszcze młode. Nie wiadomo, kogo to dosięgnie.

— Teraz słońce rzadko świeci — westchnął drugi liść — a kiedy nawet świeci, nie daje już siły. Trzeba by mieć nowe siły.

— Czy też to prawda — odezwał się pierwszy — czy też to prawda, że kiedy nas już nie będzie, przyjdą na nasze miejsce inne, a potem znowu inne, i tak ciągle, ciągle...

— Niewątpliwie jest to prawda — szepnął drugi — niepodobna sobie wcale wyobrazić... to przechodzi nasze pojęcia...

— I budzi to też zbyt wielki smutek — dodał pierwszy.

Milczały przez dłuższy czas.

Potem pierwszy liść powiedział cicho, jakby do siebie:

— Co się dzieje z nami, kiedy opadamy?

— Lecimy na dół...

— Co jest na dole?