— Dlaczego? — odpowiedziała pani Netla porywczo. — Naprawdę tego nie rozumiem. Pojednać się! Jak daleko sięgamy pamięcią, ON morduje nas stale, nas wszystkich, nasze siostry, nasze matki, naszych braci! Odkąd jesteśmy na świecie, ON nie daje nam spokoju, zabija nas, gdziekolwiek się pokażemy... i po tym wszystkim mielibyśmy się z NIM pojednać? Co za głupota!
Marena spojrzała na wszystkich wielkimi oczyma, które połyskiwały spokojnie.
— Pojednanie nie jest głupotą — powiedziała — pojednanie musi nastąpić.
Pani Netla odwróciła się.
— Poszukam sobie czegoś do jedzenia — powiedziała i odeszła.
Rozdział 11
Zima trwała.
Niekiedy stawała się nieco łagodniejsza, ale potem spadał zaraz znowu śnieg i leżał coraz wyżej, tak że niepodobieństwem już było odgarniać go. Źle było także, kiedy raz nastąpiła odwilż i stopniały na wodę śnieg w nocy zamarzł ponownie. Powstała w ten sposób cieniutka warstwa gołoledzi, na której łatwo się było poślizgnąć. Pękała też ona często, a ostre jej odłamki cięły do krwi delikatne pęciny sarn.
Teraz jednak nastąpił ostry mróz i trwał już od szeregu dni. Powietrze było czyste i rzadkie, jak nigdy jeszcze, i pełne siły. Poczęło ono brzmieć delikatnym, wysokim tonem. Śpiewało z zimna.
W lesie było cicho, ale codziennie zdarzało się coś straszliwego. Raz wrony napadły na młodego synka przyjaciela zająca, który i tak leżał chory, i zabiły go w okrutny sposób. Słychać było, jak jęczał długo i żałośnie.