Przyjaciel zając znajdował się właśnie w drodze, a kiedy doszła go smutna wiadomość, zupełnie nie mógł się opanować.

Kiedy indziej wiewiórka biegła z wielką raną na gardle, zadaną jej przez kunę. Cudem tylko zdołała wiewiórka uciec przed zębami kuny. Z bólu nie mogła mówić, ale biegała po wszystkich gałęziach. Wszyscy to widzieli. Biegała jak szalona. Od czasu do czasu zatrzymywała się, siadała, z rozpaczą podnosiła przednie łapki, w przerażeniu i męce chwytała się za głowę, a czerwona krew spływała wtedy po jej białej piersi.

Biegała tak godzinę, potem załamała się nagle, niezdarnie runęła z gałęzi i konając, spadła na śnieg.

Natychmiast nadleciało kilka srok, aby rozpocząć swoją ucztę.

Kiedy indziej znowu lis rozszarpał pięknego, mocnego bażanta, który cieszył się powszechnym poważaniem i życzliwością. Jego śmierć zbudziła w szerokich sferach wielkie współczucie i ubolewano nad niepocieszoną wdową. Lis wyciągnął bażanta ze śniegu, w którym się ptak zagrzebał, sądząc, że jest tam bezpiecznie schowany.

Nikt nie czuł się już bezpieczny, gdyż stało się to w biały dzień.

Wielka niedola, której końca nie było widać, wywoływała rozgoryczenie i okrucieństwo. Niweczyła wszelkie doświadczenia, podkopywała sumienia, wytrzebiała wszystkie dobre zwyczaje, wszystkie dobre obyczaje i burzyła zaufanie. Nie było już litości, nie było spokoju, nie było powściągliwości.

— Niepodobna sobie wprost wyobrazić, że kiedyś będzie znowu lepiej — westchnęła matka Bambiego.

Ciotka Ena westchnęła także.

— I niepodobna też sobie wyobrazić, że kiedykolwiek było lepiej.