i, jak duch śmierci, skinąłem ku chorym.

Wrzask rozdarł wargi, ów wstecz się odrzucił,

a tamten w febrze drgał, dreszczem agonii

miotany, czkając. I tak umierali.

A ja przez ciemność z wolna się skradałem,

na czoła kładąc dłoń, aktor nikczemny,

czekając skurczu ust, wzbicia się jęku.

I znów stąpałem. Oni, wrzeszcząc, marli.

Aż wreszcie z krtani zdławionej mej runął

krzyk ponad wszystkie — to wrzeszczało piekło.