stałem, gdzie umierano. Schrypłe jęki,

rzężenia jeno słysząc. Pasma sine

przez okiennice rzucał drwiący księżyc

długim szeregiem poza cień pilastrów.

Te ukrywały łoża: były ciemne,

rozpoznawalne przez palców dotknięcie.

Schylony blisko, nagle się zatrząsłem

obłędnym śmiechem — oplątany w całun,

bielejąc, wystąpiłem z gęstych mroków

w światło jaskrawe, w nadto widny poblask,