Gdy pusto w kieszeni,

I psa nie ma w sieni”.

Toteż i ja dużo tych przyjaciół nie miałem. Ale jeżeli opuszczonemu przez najbliższych człowiekowi otworzy swe serce i poda przyjazną dłoń ktoś ze stojących ponad wszelkimi uprzedzeniami ludzi, tym bardziej, jeżeli ten ktoś zajmuje górne szczeble drabiny społecznej, wtedy zacna taka dusza starczy biedakowi za całe legiony powszednich przyjaciół.

Takim opiekuńczym, podtrzymującym mnie w równowadze duchem był mi odtąd obok Jana Słomki i Józefa Fiedlera (Józefa znad Sanu) Hieronim Wierzyński. Pisując do mnie, zachęcał do wytrwania, dodawał ducha, wskazywał, na jakich autorach winienem opierać dalsze swoje samokształcenie; dalej odczuwając moje materialne niedomagania, zamieścił w jednym z dzienników lwowskich („Słowie Polskim”) odezwę z apelem do społeczeństwa o udzielenie mi pomocy; przedstawił w końcu moje położenie młodzieży akademickiej zgrupowanej we wspomnianym już lwowskim Kole TSL, wskutek czego z łona tejże młodzieży wyszła inicjatywa urządzenia w Samborze w dniu 6 maja 1906 r. przedstawienia amatorskiego, z którego czysty dochód, w kwocie blisko dwieście koron, pocztą mi nadesłano.

Ta serdeczna opieka ludzi dalekich, ale sercem bliskich wsparła mnie nie tylko materialnie, ale i moralnie, dodała mi sił w zmaganiu z garbatym losem.

Niejednokrotnie zdarzało się, że przypadkowi podróżni i wycieczkowicze, znalazłszy się w bliskości miejsca mego zamieszkania, przerywali swą podróż i kierowali się do Wielowsi prosto do mnie, gwoli osobistego poznania, nie szczędząc mi gorących słów zachęty do wytrwania w dalszej pracy. Największą wszakże radość sprawiały mi odwiedziny chłopów, szczególnie z kresów wschodnich.

Pewnego letniego dnia zawitał do mnie włościanin z Samborskiego, nazwiskiem Antoni Brzostowski, wysłany przez komitet budowy polskiego kościoła na kwestę. Rozpiąwszy ubranie, wydobył Brzostowski zza pazuchy jakiś starannie owinięty płaski przedmiot, a odwinąwszy go, pokazał mi dobrze już zatłuszczone i pozszywane moje dziełko Spod chłopskiej strzechy, które zawsze, wychodząc z domu, z sobą zabierał, chowając na piersiach jak poświęcany szkaplerz. Kochany ten brat-wieśniak w te do mnie przemówił słowa: „Pragnąłem tak was widzieć raz w życiu, jak przystąpić przed Wielkanocą do Stołu Pańskiego... Kiedy czytam wasze piosenki, tak mi to ducha rozgrzewa, jakbym miał ogień w piersiach”...

Nieśmiertelny twórca Pana Tadeusza, wyrażając jedno z swych najgorętszych pragnień, streszczające się w słowach:

„O gdybym kiedyś dożył tej pociechy,

Żeby te księgi zbłądziły pod strzechy” 143