niezawodnie byłby mnie, mizerakowi, sukcesu tego pozazdrościł, gdyby żył.

Poza tym nie brakło mi zachęty listownej ze stron dalszych, a wiele takich listów zaopatrzonych było zbiorowymi podpisami.

Uznań tych nie przytaczam dla próżnej chwalby — Boże od tego mnie chroń! — bo wszelkim samochwalstwem brzydzę się, ale podaję je jako przykład, że każdy, najbiedniejszy nawet człowiek, może, gdy zechce, stać się potężnym członkiem społeczeństwa i zyskać ogólny szacunek.

To zwrócenie na mnie uwagi szerszych kół zawdzięczam moim wierszom, a przynosiły mi one także i inne niespodzianki, jak następujący szczegół: W końcu grudnia 1905 r. przyniosła mi poczta list z datą „Kraków, 27 grudnia 1905 r.”, pisany przez nieznanego mi Z. Jałbrzykowskiego. Szanowny autor listu prosił mnie, ażebym mu zrobił jedną parę płytkich, sukiennych pantofli podług odrysowanej na odwrotnej stronie listu miary stopy, zaznaczając, że równocześnie przekazem pocztowym wysłał pod moim adresem kwotę 20 koron tytułem należytości za pantofle. Pieniądze wszakże z powodu mylnego podania poczty nadeszły z opóźnieniem, ale tym razem już w podwojonej kwocie, tj. 40 koron. Materiał na jedną parę takich pantofli kosztował wówczas około 4 korony; skoro więc pan Jałbrzykowski zapowiedzianą, a z powodu mylnego adresu zwróconą kwotę podwoił, tak też i ja zamiast jednej zrobiłem i posłałem mu dwie pary pantofli, co widno musiało szanownego filantropa skonfudować, bo nie dając mi się prześcignąć w odmierzaniu miarek, nadesłał mi jeszcze 20 koron.

Kim był ów p. Jałbrzykowski, dowiedziałem się później — ale już, niestety, po jego śmierci — kiedy w jednej z sal Zarządu Głównego TSL w Krakowie pokazano mi jego portret, zawieszony obok portretu szlachetnej wieśniaczki, Julii Bobrzyny ze wsi Prus144 pod Lwowem.

Na to zaszczytne wyróżnienie zasłużyła sobie Julia Bobrzyna nie mniej zaszczytnym czynem, który oby był jak najwięcej zyskał naśladowców! Oto widząc, że istniejące we wsi stowarzyszenia, jak czytelnia, kasa spółkowa, teatr włościański, straż pożarna, nie mają się gdzie pomieścić, a starsi i młodzież nie mając punktu zbornego, wysiadują po karczmach, chcąc złemu zaradzić, cały swój grunt, wartości dwóch tysięcy koron, zapisała Bobrzyna pod budowę domu ludowego we wsi Prusach.

Sam tylko zapał nie dokaże cudów, jeżeli zdrowia i sił braknie. Wycieńczony do ostateczności pracą bez wytchnienia, tak się zmizerowałem, wybladłem, że ludzie mieli mnie już za suchotnika145. Przeświadczony w końcu, że w dotychczasowych warunkach długo nie wytrzymam, przeciągana bowiem struna wysiłków mogłaby pęknąć, jąłem przemyśliwać nad osiągnięciem innego, odpowiedniejszego sposobu bytowania! Najbardziej uśmiechała mi się praca na własnym zagonie. Ale po wielu próbach zakupienia bodaj paru morgów ziemi w dalszych stronach kraju zawsze okazało się, że suma, jaką ze sprzedaży mojej wielowiejskiej realności mógłbym uzyskać, na to nie wystarczy.

Raz w pociągu kolejowym wdało się w rozmowę ze mną dwóch inteligentnych młodzieńców. Oznajmili mi oni w końcu, że mimo głuchoty mógłbym dostać zajęcie dietariusza146 w jakimkolwiek urzędzie. Uczepiwszy się tej myśli, napisałem do przyjaciela mego, Szymona Chełpińskiego w Kołomyi, z którym jak z wielu innymi zaznajomiły mnie moje wiersze, prosząc go, żeby się wystarał o zajęcie biurowe dla mnie. A skoro Chełpiński odpisał, że starał się będzie spełnić moje życzenie, nabrałem pewności w udanie się przedsięwzięcia.

W tym czasie ojciec mój, przeziębiwszy się, uległ chorobie zapalenia płuc i mimo lekarskiej pomocy po kilku dniach ciężkich cierpień umarł 11 kwietnia 1907 r. w 64 roku życia.

Przy chorym prócz matki i mnie czuwały na zmianę dniem i nocą dwie miejscowe siostry dominikanki. Jedna z tych sióstr, lilia w poranku pierwszego rozkwitu, w szczytnej roli miłosiernej samarytanki posuwała się do bezprzykładnego poświęcenia. A kiedy ojciec, słabymi już ruchami zdawszy matkę opiece mojej, zasnął wieczyście na rękach mych, dobra, współczująca siostra tak serdecznie z nami płakała, jak gdyby własnego ojca utraciła. Szczęśliwi, do których w ciężkiej godzinie podobnej rozłąki przychodzą takie anioły.